Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 listopada 2015

Tydzień bez smartphona - jak go przeżyłem?


Rachuj nie rachuj, smartphony stały się częścią naszej rzeczywistości. Wszyscy ich używają, gdzie się nie obejrzysz ktoś pyka paluchem w dotykowy ekran. W większości ludki pykają w jakieś strony ze śmiesznymi obrazkami, albo scrollują Facebooka. Sam zacząłem dostrzegać u siebie ten trend, że przez większość czasu używam smartphona do pierdół. Pierdół, których tak naprawdę nie potrzebuje i w żadnym stopniu nie rozwijają we mnie niczego. Dlatego aby chociaż trochę od tych smartphonowych bodźców odpocząć, odstawiłem na tydzień swojego LG L90 na rzecz "iPhona roku 2005" - Sony Ericssona K750i.

Pierwsza reakcja po wzięciu Soniaka do ręki? Szukanie przycisku do blokowania telefonu! Jakiegokolwiek smartphona byśmy nie wzięli, usypiamy/budzimy go do życia pojedynczym klikiem, przeważnie z boku obudowy. Tu takiego rozwiązania próżno szukać, żadnych bocznych klików, żadnych slide-to-unlocków, ponieważ mamy tu staroszkolną kombinację klawiszy z dwóch skrajnych rogów klawiatury.


Muzyka jest najważniejsza.
Pamiętam ten szpan, empetrójka w telefonie! Już nie trzeba było nosić oddzielnego urządzenia. To było coś, do tego 1GB pamięci wymiatał. Muzyka w Sony Ericssonie wciąż mi się podoba, jakością nie ustępuje obecnym chinolom. Para oryginalnych słuchawek, która uchowała mi się w stanie niemalże "nówka fófka nie śmigane" również spisują się fajnie. Dedykowane przyciski do przełączania/pauzowania/zmiany głośności piosenek są również na plus - bez problemów można nimi zarządzać nie wyjmując telefon z kieszeni. Te w obecnych smarthphonach są malutkie, w kieszeni ciężko je wyczuć.
Jedyna wada Sony Ericssona do jakiej można się przyczepić, to dedykowany port gdzie te słuchawki wpinamy. Z czasem zatrzaski po prostu się wyrabiają i przestają dobrze kontaktować. K750i nie posiadał jeszcze automatycznego wyłączania muzyki przy wypięciu słuchawek, toteż czasem w autobusie przypadkiem możemy zagrać na głośniku. 


Zjednoczona rewolucja
Jednakowe złącze micro-usb i mini-jack we wszystkich obecnych smartphonach to najlepsza rzecz jaka mogła się przydarzyć urządzeniom nowej generacji. Nie potrzebujemy żadnych przejściówek a i ładowarkę możemy pożyczyć od kogoś bez znaczenia czy ma Samsunga, LG, Sony czy jakąkolwiek inną markę. No właśnie, ładowarkę...

Z k750i nie muszę dźwigać ze sobą żadnych powerbanków.
Grunt to "prunt"
Testowany przeze mnie telefon został zakupiony w 2007 roku i był używany przez jakieś 5 lat, po czym wylądował w szufladzie. Bateria swoje już przeżyła, ale wciąż daje radę. 4 dni w cyklu mieszanym co prawda pupy nie urywa, jednak syndrom codziennego ładowania "bo może nie starczy na jutro baterii" zniknął. Soniaki były znane z tego że na ostatnich 5% potrafiły wytrzymać nieproporcjonalnie dużo czasu w stosunku do całej baterii, toteż nie miałem większych obaw wychodzić z domu z baterią rzędu tych wartości.

Opera Mini
Jest to przeglądarka która dała drugie życie starym telefonom pod J2ME. Działa stabilnie, strony po GPRS wczytują się dostatecznie szybko. Jak się zapewne domyślacie, nie udało mi się powstrzymać przed wejściem na Facebooka, który choćbym był na końcu świata będzie mi towarzyszył niczym cień. Jego funkcjonalność jest wystarczająca, bez problemu sprawdzimy
Z internetem jest jeszcze jedna ciekawostka: Przeciętna prędkość GPRS rzędu 2-3KB/s jaką osiągnąłem w testach nie wykracza poza ramy "lejków" oferowanych przez większość operatorów, toteż dostęp do internetu mamy za darmo i bez limitów.
Na Operze bez problemu sprawdzimy również GMaila, odszukamy wybrane zagadnienie z Wikipedii i znajdziemy numer do ulubionej pizzerii. Funkcje internetowe? Żaden problem!


"Jeeej, jaki mały"
Sony Ericsson'a jako klasyczny telefon doceniam także za wygodę obsługi. Wyciągasz z kieszeni, bez specjalnej uwagi wklepujesz kombinacje klawiszy do zadzwonienia pod szukany czy ostatnio wybierany numer. Takiej wygody nie zaznacie przy dotykowym telefonie.
Mamy coraz zimniejsze dni i jako że łapki marzną, trzeba odziewać się w rękawiczki. Czułość ekranu dotykowego pozwala obsługiwać telefon w cienkich, (umówmy się - kiepsko ogrzewających), płóciennych rękawiczkach - to fakt. Jednak nie ma szans jeśli założymy coś grubszego/skórzanego. Tutaj po raz kolejny wygrywa telefon klasyczny, guziki i joystick są na tyle wyczuwalne, że nie ma żadnego problemu wyklikać pożądaną kombinacje.

Wnioski
Pierwszy tydzień smartphonowego odwyku przyniósł mi parę korzyści. Zdecydowanie rzadziej spoglądałem na telefon - głównie przez brak powiadomień, to z Facebooka, to z maila i innych usług. Przestałem wgapiać się w niego bezpośrednio przed spaniem - po prostu Soniak szedł spać razem ze mną. Mogę potwierdzić, że odbiło się to pozytywnie na moim spaniu. Internety w tej kwestii nie kłamią, smartphone/tablet/komputer bezpośrednio przed snem = gorsze spanie. Jako że wciąż nie mam parcia na powrót do swojego LG L90, swój smartphonowy odwyk będę kontynuował dalej. 

Polecam wykonanie takiego doświadczenia dla każdego. Znajdź swój stary telefon, zmieniaj karcioszkę SIM i przez tydzień przekonaj się na własnej skórze, czy smartphone jest Twoim sługusem, czy może to Ty jesteś dla niego na każde zawołanie.

niedziela, 20 września 2015

iPhone 3GS w roku 2015 A.D.


Chciałem za wszelką cenę spróbować jabłka. Nie znałem jak dotąd smaku tego owocu, a tylko przyglądałem się im od czasu do czasu przechodząc obok warzywniaka. Odwiedzając Czechy widziałem mnóstwo Azjatów jedzących jabłka, część świeżych prosto zerwanych z drzewa, część trochę po terminie. Zadziwiony fenomenem jabłek wszedłem na Allegro, i co? I zobaczyłem, że 6 letnie jabłka w wersji przypudrowanej wciąż są kupowane. Znajomy który już ma nowe jabłko, za litra odstąpił mi swoje stare. Przetestowałem jego smak. Będzie to opis z punktu widzenia osoby, która nigdy nie ugryzła jabłka. Ten smak jest...

Mój egzemplarz
Trochę słodki...

iPhone 3GS na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dość małej, zbitej jak buldog bryły. Telefon dobrze leży wygodnie w dłoni, to nie jest ten trend że wrzeszczy "uważaj bo zaraz mnie upuścisz". Wyświetlacz jak na rok 2009 był ideałem, teraz w zasadzie rozdzielczość 320x480px dupy nie urywa. Jedynie przy wyjątkowo suchych palcach miewa problemy z responsywnością, jednak ja z jego pracy byłem zadowolony. Jakość rozmów jest ok, czujnik zbliżeniowy bangla w porządku. Podstawowe funkcje jak dzwonienie i wysyłanie smsów są bardzo wygodne. Odtwarzacz muzyki jest genialny, widać gdzieś w nim geniusz ojca Apple'a. Brakuje jedynie chyba mało modnego wówczas przełączania piosenek przesunięciem.

Cydia z paroma dodatkami sprawuje się całkiem przyjemnie.
Trochę gorzki...
Problem zaczyna się kiedy chcemy skorzystać z funkcji smart iPhone'a 3GS. Jest to już 6 letni staruszek, bebechy na dzień dzisiejszy dupy nie urywają. Po aktualizacji systemu do wersji 6.1.6. (ostatni wydany na tego iPhone'a) wybór aplikacji jest ubogi. Krótka lista co działa i jest prezentuje się następująco:

Działa: 
- Wykop, minimalne lagi interfejsu
- YouTube, jw. + odtwarza filmy w 360p, da się zainstalować jedynie przez iTunes. Nie wiadomo dlaczego, ale dopiero wtedy proponuje nam wgrać starszą wersję aplikacji kompatybilną pod iOS 6.1.6.
- TibiaME, bez większych ścin
- Tribal Wars (Plemiona) - jest ok
- Exploration Lite - biedny (ale działający) klon Minecrafta
- Cheetah Browser - jedna z przeglądarek, przy której krew mnie nie zalała ze względu na lagi. Jest dostatecznie responsywna (czego nie da się powiedzieć o Safari), blokuje reklamy zżerające i tak dość ubogie zasoby. Funkcjonalność/szybkość porównywalna do Opery Mini pod J2ME, cudów na niej nie zdziałacie, jednak jeśli kombinować, to tylko tą drogą.
- Fabryczny klient e-mail jest ok, bez problemów idzie podpiąć outlook'a czy gmail'a.

Nie działa/działa do dupy/po prostu nie ma:
- oficjalna appka Facebook'a - odświeżanie feeda trwa mega długo, ma zintegrowany messanger z pożal się dobry jezu "balonikami". Trzyma się to kupy, jednak do tej pory zastanawiam się, czy mniejszym złem nie byłaby wersja webowa pod Cheetah Browser.
- Spotify, Opera Mini, Instagram, Snapchaty i inne mainstreamowe appki, większość tego co znajdziecie w AppStore potrzebuje conajmniej iOS 7, więc po prostu na 3GSie ich nie ma.


Operacja zakończona powodzeniem.

Wymieniłem w nim przycisk uruchamiania i baterie, jako że poprzednia po 6 latach od nowości miała już prawo się przekręcić. Budowa tego urządzenia w środku jest dość ciekawa. Nie mamy jednego modułu ze wszystkimi elementami, a płytę główną z doczepionymi wszystkimi peryferiami. Coś siądzie, kupujesz daną część i ją wymieniasz. Chinole produkują do iPhonów wszystko, że przy odrobinie gotówki i sprawnej płycie głównej moglibyśmy sobie takiego iPhone'a złożyć samemu.


Bateria? Przy dość intensywnym użytkowaniu potrafi nie wytrzymać do końca dnia. Przy wyłączeniu WiFi, danych i podobnych jest lepiej. Może ten typ tak ma, albo po prostu jakość obecnie produkowanych zamienników jest słaba. Warto mieć to na uwadze jeśli zdecydujecie się na zakup jakiegokolwiek telefonu refabrykowanego.


Komu mógłbym polecić 3GS'a? Na pewno osobie mającej świadomość jego plusów dodatnich i plusów ujemnych, bez wygórowanych wymagań. Telefon ten na dzień dzisiejszy jest zbyt powolny do używania funkcji smart, brakuje wielu aplikacji, a te co są nie działają jakoś mega wydajnie. Jednak jestem pod wrażeniem że przy 600MHz procesorze i 256MB pamięci RAM to działa i trzyma się kupy. Telefon obecnie w wersji refabrykowanej (serio nówek raczej już nie ma) kosztuje góra 300zł - nowe Androidy w podobnej cenie ze zdecydowanie lepszymi parametrami zdarzają się bardziej lagującymi telefonami, które bez roota i własnoręcznych porządków nie da się używać. Mamy tutaj mega prosty telefon, dobry odtwarzacz MP3, podstawowe funkcje internetowe + e-mail i dość słabe jak na dzisiejsze czasu funkcje multimedialne.


Warto spróbować jabłka, nawet nie koniecznie kupując, ale po prostu wziąć na chwilę by się z nim zapoznać. Jest w nich jakaś magia, coś co sprawia że nawet stare modele są rozrywane na portalach aukcyjnych. Coś, co sprawia, że każdy chce to jabłko ugryźć.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Linuksie, może się jednak pogodzimy?


Chyba każdy, kto choć trochę obcuje z technologiami wie czym jest Linux. Jest to baza pod pierdylion systemów na PC, telefony komórkowe i tysiąc innych urządzeń. Są znacznie bezpieczniejsze, nie potrzebują antywirusów oraz przede wszystkim nie mają żadnego "Wielkiego Brata" nad sobą. Wiele się mówi się teraz złego w kontekście Windows'a 10, który ma mnóstwo za uszami, że nie szanuje prywatności, że mnóstwo rzeczy robi na boku, że każde kliknięcie myszy wysyłane jest na serwery MS. To nie jest fajne, w żadnym stopniu nie usprawiedliwiam śledzenia MS tym, że "nie mam nic do ukrycia", że nie jestem potencjalnym terrorystą który chce "się rozerwać" w środku miasta. Narastająca inwigilacja nie podoba mi się na tyle, że aby zacząć jej powoli przeciwdziałać, przesiadłbym się na jakąkolwiek dystrybucje Linuxa, która byłaby w stanie robić to samo z podobną wydajnością.

Szanuje Linuksa za jego wolnościowe podejście, dostępność, oraz to że wszelakie bugi społeczność łata na bieżąco. Jest zdecydowanie bezpieczniejszy od Windows'a, ogólnie bez konta root'a nie da się zrobić mu krzywdy - sam o tym się przekonałem czyniąc multum "eksperymentów" (na vpsie i stacjonarce zresztą też). Ma niesamowite możliwości dopasowywania interfejsu do własnych potrzeb przez wszelakiej maści rysowacze pulpitów. Chcesz cukierkowo? Proszę bardzo, masz pierdylion animacji. Masz mało ramu i potrzebujesz czegoś lekkiego? Proszę bardzo, masz coś lekkiego.


Problem zaczyna się, kiedy całą tą machinerie próbujesz zaimplementować. Poświęciłem kilkadziesiąt godzin na próby dostowania to Ubuntu, to Debiana, to Minta do moich potrzeb. Zawsze, ale to zawsze czegoś brakowało, coś nie chodziło. To Eclipse nie chciał współgrać z avrdude, to java pracowała jakby chciała a nie mogła, czy to jakiś program nie ruszał pod wine. Przeważnie obwiniałem siebie za brak cierpliwości/umiejętności, bo po parogodzinnym googlowaniu rozwiązania danego problemu po prostu miałem dość. Chyba nie jestem power userem.


Chyba każdy posiadacz Radeona próbujący zdziałać coś pod Linuksem poczuł, że wydajność grafiki spadła. Internety skarżą się, że sterowniki są słabe, mają ograniczoną funkcjonalność. W moim przypadku nawet odtwarzanie Youtuba w FullHD pod HTML5 działa widocznie gorzej, bywają częste przycinki. 


Teraz najważniejsza kwestia, za którą Linuksowi dostaje się po mordzie na prawo i lewo od Windowsowców - gry. Wybór natywnych jest mega słaby, sytuacje stara się ratować Valve ze Steamem i poniekąd robi to dobrze. Jest Wiedźmin, jest CS 1.6, jest CS:GO i podobne - w zasadzie biedy nie ma. Bieda zaczyna się, kiedy chcemy je odpalić na wspomnianym Radeonie. Działają zdecydowanie słabiej, CS 1.6 na Linuksie chodził u mnie mniej więcej tak, jak CS:GO na Windowsie. Odpalanie gier pod Wine kończy się albo fiaskiem, albo jeszcze większym spadkiem fps'ów.

Linux ≠ łatwe
Na moim pececie wisi obecnie Ubuntu wraz z Windowsem 10. Pomimo wielu nieudanych prób, w wolnych chwilach wciąż odpalam Linuxa i dążę (i dążyć będę) do takiego stanu, w którym bez bólu będę mógł usunąć system Microsoftu. Jednak żeby nie było, że obsmarowuje MS dla zasady. Na tapetę biorę powoli śledzenie wszędobylskiego Google'a. W Androidzie też niezłe kwiatki się odwala z telemetrią.


Zapewne nie ma recepty na zapewnienie sobie 100% prywatności (odcięcie kabla od internetu?). Jednak uważam, że warto ograniczyć dostarczanie na tacy nieraz wrażliwych informacji o nas wszelakim gigantom.

W imię wolności.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Śpieszmy się kochać dobre free to play'e - tak szybko odchodzą.


Gdybym napisał, że nie jestem graczem i taka forma marnowania czasu jest do bani, okłamałbym Was srogo. Spośród MMO spróbowałem bardzo dużo pozycji, płatnych, "darmowych", ale za klimatem jednej umarłej będę tęsknił. Mowa tu o Need For Speed: World od Electronic Arts, darmowa społecznościowa edycja kultowego NFS'a. Była bardzo ciepła przyjęta przez polskich graczy, na polskim odłamie facebookowego fanpage'a działo się. No właśnie, była...

Można zarzucić Worldowi pojawiające się do obrzydzenia mirkopłatności, ogromną ilość cheater'ów, czy nieraz bugi w grze. Free to play, musi na siebie zarobić i to jest jak najbardziej zrozumiałe. W każdej darmowej grze MMO pojawiają się podłe jednostki które aby uprzykrzyć nam zabawę albo cheatują albo rzucają chyże hasła nawiązujące do sposobu prowadzenia się naszych matek. Tak było, jest i będzie. Chcesz mieć spokój? Idź na pay2play. Swego czasu przesiedziałem dość sporo godzin na "globalu" w World of Warcraft i mogę potwierdzić: trzeba tam komuś solidne zajść za skórę żeby zostać zbluzganym.


Jednakże NFS: World miał coś czego pozostałe free2play'e nie miały - jedyny w swoim rodzaju klimat. Była w tym jakaś magia że po szkole chciało się wsiąść za stery swojego wirtualnego auta, zrobić codzienne zbieranie diamentów, przejechać ze dwa wyścigi. Nie zawsze się liczyła fura, nomen omen płatne nitro, czy jakieś inne hero power. Czasem to był fart, czasem skill co sprawiało że gra była często losowa. Fajne były ucieczki od policji i choć AI miśków nie powalało, miażdżenie ich z mocy specjalnej taranu (czy jakoś tak, nazwy już nie pamiętam) sprawiało niesamowitą frajdę.


W połowie lipca tego roku EA ostatecznie ubiło Worlda, tłumacząc to słabą frekwencją na serwerach. Frekwencja była, hajs się pewnie nie zgadzał. W każdym razie pisząc ten artykuł natrafiłem na kolejny dowód, że internet jako społeczność jest genialna. Powstał silnik serwera pozwalający na grę offline. Znajduje się obecnie w becie, przetestowałem - działa. Co prawda to już/jeszcze nie to samo co było wcześniej, ale zawsze coś.
Linki dla chętnych (forum elitepvpers):
http://goo.gl/KTQX6N Pliki gry + wszystko co trzeba pobrać
http://goo.gl/5nSthO Główny temat silnika serwera gry
Powstanie prywatnych serwerów to tylko kwestia czasu, zobaczymy jak to się potoczy - wiadomo na pewno że wyłączenie gry przez "elektroników" tak naprawdę jej życia nie pozbawiło.


Dzięki za uwagę, zapraszam za tydzień :)

niedziela, 19 lipca 2015

Taylor Swift Januszem Biznesu kategorii pierwszej




Tygryski które od czasu do czasu zaglądają na pudelki technologiczne zapewne słyszały przypadek Taylor Swift i streamingu muzyki. Ta "artystka" z biedy (nie starczyło jej drobnych na najnowszego Boeinga) zaczęła biadolić w jakiej to niedoli żyje. Zaczęła biadolić, że streaming okrada artystów, bo cena za każde odsłuchanie utworu jest znikoma, bo Apple miało nie płacić za testowy okres w swojej nowej  usłudze muzycznej. Jak wszyscy wiemy, kiedy ktoś sobie album przesłucha, to płyty już na pewno nie kupi.

Taylor zatupała jak mała dziewczynka i wykrzyknęła: No way! Koniec z okradaniem. Kolejnego albumu w strumykach jeno baco niebedzie! "Oczywiście" zrobiła aby nakreślić problem biedy wśród artystów indie, którzy to podobno artyści aby przetrwać, opanowali oszczędzanie lepiej niż sam Jarek Kuźniar.


Wszyscy wiemy, że jak usunie się jakiś album z Youtuba, Spotify i podobnych to każdy prawilnie pójdzie zakupić płytę w Empiku. Taki chuj! ChomikStore i wrzuty tylko na tym zyskają, a pseudo artysta za odtworzenia spiraconej empetrójki w Winamp'ie (ktoś go jeszcze pamięta?) nie dostanie złamanego grosza.

Sam "piraciłem" muzykę do momentu mojego odkrycia w październiku zeszłego roku Spotify. Deal jest uczciwy, płacisz dwie dychy na miesiąc i słuchasz wszystkiego do woli. Jest też opcja dla wyznawców #sekretówkuźniara, płacisz obecnością reklam. O ile darmówka na telefonie jest mega upierdliwa, o tyle na pececie patent się u mnie sprawdził. Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą że muzyka w 160kbps (taki bitrate serwuje standardowo Spotify na PC) to skandal i hańba. Dla mnie niestety (albo może stety?) słoń na ucho nadepnął i mogę jak wspomniany Jarek zaoszczędzić.


Wspomnę jeszcze o jednym #sekreciekuźniara. Coraz częściej grzebie się w muzyce creative-commons, między innymi na stronie https://www.jamendo.com Pomijając fakt, że możemy tam znaleźć tam fajne podkłady do filmowych projektów (co poniektóre nawet zezwalające na komercyjne użycie), możemy tak także znaleźć mnóstwo perełek godnych przesłuchania, które bez bólu możemy za darmo pobrać na nasz odtwarzacz. Przykłady? Jak chociażby wspominany często i gęsto przeze mnie nasz rodak LukHasha, genialny rosyjski band ska Distemper czy artystka o niesamowitym głosie Tamara Laurel. Utwory z jamendo nierzadko miażdżą komercyjne popierdółki z Zetek czy Rmf'ów. 

To ta Taylor jakby kto pytał.

Wracając do samej Taylor. Kiedy wszystkie pudelki obgadały (a ćwierkały od końcówki zeszłego roku) nieobecność jej albumu w strumykach coś się jej odmieniło. Jej album koniec końców pojawił się w Apple i Google Music więc o co chodzi? Jak zawsze o hajs. Cały hejt Taylor Swift na strumieniowanie muzyki to była jedna wielka chamska akcja marketingowa. Akcja należy dodać udana, bo jej płyty rozeszły się w pierońsko dużych ilościach. Darmowa reklama była? Była. Hajsy zgarnięte? Zgarnięte. Mission complete.

Rzygać mi się chce na widok takiego "artysty", który na pierwszym miejscu stawia pieniądze, a nie to co tworzy i aby to co tworzy pochodziło prosto z serducha. Nie mamy wtedy do czynienia z muzyką, a badziewiem z biedronki które masz kupić, skonsumować i zapomnieć. Dla takiego twórcy jesteś nikim, jesteś kolejną dziesiątką dolarów na koncie, kolejną cyfrą w statystykach sprzedaży.

niedziela, 28 czerwca 2015

Spotkanie z historią - Commodore 64

Od czasu do czasu zaglądam na targi rupieci w Białymstoku na Wierzbowej. Można kupić tam wszystko, od ciuchów po elektronikę - prosta zasada, każdy handluje czym chce (w granicach prawa, "ziółka" lecznicze by raczej nie przeszły). Różne deale już tam widziałem, ale ostatni przykuł moją uwagę na tyle, że zdecydowałem się na niego pójść.


Kupiłem w ciemno Commodore 64C za ekwiwalent dwóch paczek fajek. Jeśli martwy, trudno, najwyżej "zapoznam się z budową", tak jak za młodu padre przekazywał mi trupy różnych urządzeń do przeprowadzenia "sekcji zwłok". Po powrocie do domu szybkie Guglowanie #jaktoruszyć, potrzeba 5V DC o prądzie koło 1A, oraz 9V AC 1A. Jak wieść internetowa niosła te drugie zmienne jest potrzebne do funkcjonowania dźwięku, bez niego komputerek ruszy, tylko nie zagra. Wpiąłem się z zasilaniem, podpiąłem jeszcze video na krótko - działa.


Jestem geniuszem. Ani zasilacza, ani przewodów, tylko chwila pomyślunku wystarczyła aby przywołać do życia 30 letnią maszynę. Kawał historii za bezcen, grzechem by było nie zapoznać się z nią przy takiej okazji. Niespełna 1MHz!!! CPU (w wersji PAL), god dammit! Atmega na kwarcu ma 16 razy więcej. I do tego dźwięk pochodzący z magicznego scalaka SID - miód malina, zresztą słyszałem już go z utworów naszego rodzimego artysty LukHash'a. Jest to mistrz Yoda sceny muzycznej Commodorów - warto zatrzymać się na chwilę i posłuchać jego twórczości. 

Pobawiłem się paroma komendami,  BASIC'a znałem z początku moich przygód z mikrokontrolerami :) Szukałem dalej... A może by tu w coś zagrać? Na tym antyku programy ładowało się z kaset magnetofonych i dystkietek. Popatrzyłem ceny osprzętu na allegro... Chrzanić to, nie będę kupował od Januszy Biznesu po cenach z dupy, nie kupię żadnej stacji dystkietek, sam sobie ją zbuduję, a co!


Internet już wszystko wyprodukował, toteż kwadrans z Googlem wskazał mi, że istnieje emulator stacji dystków dla C64, a nazywał się SD2IEC. Idea takiej przystawki jest banalna: Wrzucasz sobie romy dla c64 na kartę sd, wkładasz do emulatora i voila! Komputerek widzi to jak zwykły dysk. Mało tego, są gotowe opisy tego urządzenia, wystarczy tylko złożyć, wgrać wsad i pajechali!


Poskrobałem, poszukałem, wieczór później prototyp na płytce ATB został uruchomiony. Jako że miałem pod ręką tylko "malutką" Atmegę32A szukałem coś pod ten mikrokontroler. Znalazłem fajne gotowe rozwiązanie opisane na stronie: www.lincade.org/sd2iec-on-atmega32-easier-data-exchange-with-my-c128/ Dla tych którzy chcą to zbudować, nic w sumie nie muszę do tego gotowca dopowiadać - budujemy układ według schematu, wgrywamy .hex, ustawiamy fuse bity i działa.
Ruszyło bez większych problemów. Znaczy był problem bo zapomniałem zasilić karty SD, ale w porę go rozwiązałem. Warto pamiętać, że urządzenia elektryczne działają zdecydowanie lepiej, jeśli są zasilane.


Automatowy Space Invaders? Czemu nie. Tydzień później prototyp przełożyłem na gotowy projekt, zapakowałem w fajną obudowę, dodałem diody. Zamówiłem jeszcze wtyki DIN, żeby wszystko grało i śpiewało - ocynowane kabelki w gnieździe trzymały się... Się nie trzymały.

Chciałbym w miejscu ekranika wkleić jakąś klimatyczną grafikę, jakieś pomysły? ;)


Warto tu wspomnieć że wtyk DIN8 (od audio video w C64C) istnieje w dwóch wersjach o różnym rozstawie pinów: 262 i 270 stopni. Do C64C pasuje ta o rozstawie 262 stopni.




Miałem lekki problem ponieważ zamówiłem akurat nie tą wersję co trzeba - część nieużywanych pinów trzeba było usunąć i na szczęście jako tako przypasowało się do gniazda. Osoba która projektowała te złącza to kawał trolla.

Następny wyjazd na giełdę rupieci przyniósł zakup kontrolera do antycznego komputera. Jeszcze przed wyjazdem zastanawiałem się że fajnie coś takiego byłoby dorwać i badum tss! Los zesłał mi niemalże sprawny joystick do komody za 8zł. Deal nie najgorszy. Okazało się że blaszka jednego ze styków była ułamana, ale co? Ja tego nie naprawię? Potrzymaj mi piwo.

No fajnie, ale co dalej?
Chcę się zająć bardziej muzyczną częścią tego komputerka, moi fejsbukowi fani już jakiś czas widzieli moje pierwsze próby. Udało mi się znaleźć program od pianina, swoje pierwsze nuty na komodzie zagrałem :) Być może zreanimuje projekt ze grającymi stacjami FDD i dołączę je do C64 - utworzyłoby to fajną retro maszynę grającą. Czy mi się to uda podczas tych wakacji? Wyjdzie w praniu, temat starego komputerka pochłonał mnie dość mocno, zresztą moich fanów z fanpage'a także. Warto go śledzić ponieważ wrzucam tam bardzo często różne zajawki tego, co się w moim warsztaciku podziewa :)

Cała ta przygoda z Commodore64 dała mi do zrozumienia jak pierońsko dużego rozwoju technologicznego jesteśmy świadkami. Od liczydła zajmującego pół biurka po malutki "prostopadłościan" który potrafi wszystko - no może poza przeżyciem tygodnia bez ładowania baterii. 
Bill Gates prawił: Gdyby samochody podlegały takim samym tendecjom rozwojowym jak komputery osobiste, to średniej wielkości samochód kosztowałby dziś dwadzieścia siedem dolarów. Ziarno prawdy w tym jest, nie da się ukryć. Na pewno nie musiałbym z oszczędności zasuwać komunikacją miejską.

poniedziałek, 4 maja 2015

Moje perypetie z GameBoy Color


Chcąc powrócić nostalgicznie do starych czasów, kiedy filmy oglądało się z przyjemnością, muzyka nie była kiczowata, gry wymagały używania częstszego mózgu niż portfela, zakupiłem od znajomego konsolkę GameBoy Color, nomen omen, w dość przyzwoitym stanie, w dość przyzwoitej cenie. Nie miał kartridży, więc dorwałem sobie Pokemon Gold z Allegro. No bo w sumie jak GameBoy to cóż by mogło być innego jak Pokemony?



Parę dni po zamówieniu wszystkie elementy układanki były już na miejscu. 8 bitowy dźwięk był zdecydowanie lepszy niż z emulatora, nawet fajnie to brzmiało na słuchawkach. Ogólny gameplay w sumie nie różnił się niczym od tego emulowanego, w którego popylałem na Lumii już jakiś czas temu.
Niestety jest pewna rzecz, za której brak projektant tego urządzenia powinien pójść do piekła. Jest nią podświetlenie. Jego brak kastruje normalne używanie konsoli po zachodzie słońca, czy nawet w mniej oświetlonych miejscach domu.

Lol.

To niesamowite, ale ludzkość po dziś dzień zastanawia się, jak podświetlić 17 letnią już kieszonsolkę. Są komicznie wyglądające lampki, są nakładki na wyświetlacz które jak internety pokazują działały tak sobie. Jest patent polegający na wykorzystaniu podświetlenia z GBA SP - jednak nie widzę sensu kupowanie trupa nowszej konsoli aby ulepszyć starszą (o tym będzie jeszcze na końcu).


Podświetlenie do paragonu już wkrótce w sklepach yuuupii!

Ja także przez parę wieczorów podejmowałem się prób naprawy tego koszmarnego błędu. Próbowałem diod na pierdyliard sposobów - to z warstwą pleksi, to na pleksi to pod pleksi, to takie siakie owakie. Próbowałem podświetleń od dupy strony, od przodu też z użyciem odpowiednika. Próbowałem użyć podświetleń od telefonów, też dupa.


Gdzieś po czwartym wieczorze zrozumiałem, że robię coś nie tak i tracę zbyt dużo czasu. Ten wyświetlacz jest dość parszywy do przeróbek, albo raczej ja jestem noobem i się nie znam. Jednak nie widzę dalszego sensu się z tym męczyć. Pozbyłem się z zyskiem GBC niemalże tak szybko jak je zakupiłem. Sprzedaż jak najbardziej udana #januszbiznesu, dokonam zamiany kijka na siekierkę (jak kiedyś Intel Galieo na RPi) - zakup konsoli nie posiadającej omawianej przeze mnie wady. Nadchodzi do mnie Nintendo DS w wersji Classic, z którym właściwy artykuł wspominkowy poczynię.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Windows 10 build 10051 @ L635 - kolejny rzut okiem + screeny

Celem przykrycia smoleńskiej rocznicy (lol) Microsoft wypuścił 10 kwietnia kolejny build swojego przyszłego systemu w wersji na telefony. Z tej okazji przetestowałem co nowego w jeszcze produkowanym Windowsie 10, a w porównaniu do mojego ostatniego testu zmian trochę jest.


Na plus zasługują na pewno nowa aplikacja poczty i kalendarza które stały się znacznie wygodniejsze od tych z WP 8.1. Przesunięciem wiadomości w prawo i lewo można ją odpowiednio usunąć lub oflagować (idzie pozamieniać w ustawieniach). Kalendarz przyjął formę listy dzień po dniu z możliwością "rozsunięcia" do podejrzenia miesiąca jak w normalnym kalendarzu. Nowa przeglądarka Spartan chodzi deczko lepiej od IE, nie łapała freezów, ale na razie nie poczułem żeby jakoś specjalnie miażdżyła system - kwestia czasu.


Kompletnie spartolili sprawę z appką od kontaktów. Nie rozumiem dalszego wyróżniania zdjęcia osoby przy jej kontakcie - serio ktoś to używa? Kółeczka te zajmują zbyt dużo miejsca, litery są zbyt małe, wygląda to brzydko.
Dodano również dodatkowe funkcje czasowe - minutnik, stoper oraz zegar światowy. O ile tego ostatniego nie używam, o tyle dwóch pierwszych po prostu brakowało - trzeba było znaleźć odpowiednik w sklepie. Mapy są znacznie wygodniejsze, pojawił się tryb podglądu w którym obraz lekko się przechyla - uzyskujemy efekt pseudo 3D.


System po wgraniu buildu chodził bardzo powoli, momentami zacinało samo menu, tak jak przy pierwszym buildzie z lutego. Po hard resecie troszkę przyspieszył, jednak pupy nie urywa - beta czy bodajże pre-alpha, nie należy spodziewać się cudów. Wciąż jest mnóstwo niedoróbek, jak uboga lista przełączników do wyboru w wysuwanym centrum powiadomień (serio nie da się wrzucić tam wszystkiego co dusza zapragnie?). Zwiększyć ilość przełączników zwiększyli, ale ilość rzeczy które możemy wstawić to już nie. W niektórych miejscach telefonu jeszcze sam MS nie wie czy pójdzie w czarną kolorystykę czy białą, a może mieszaną.

Per aspera ad astra. Jeśli Microsoft nie będzie głuchy na feedback użytkowników, jeśli będzie poprawiał głupie pierdoły w interfejsie, to dziesiątka na komórki na pewno da lekkiego kopa gigantowi z Redmond i być może niczym JKM ze swoją partią przekroczy "próg wyborczy" na rynku smartphonów.

piątek, 3 kwietnia 2015

TOP10 moich byłych... komórek

Pora na kolejny spontaniczny wpis, jakie sprzęty które najcieplej wspominam, oraz te, z których kontent jestem, że się ich pozbyłem.

1. HP iPAQ 514 Voice Messenger


Pierwsze i moje jedyne urządzenie oparte o system Windows Mobile. Ambicje producenta były jak najbardziej dobre, jednak do szczęścia zabrakło jednego - mocy obliczeniowej. Procek 200MHz nie radził sobie z WM, w wielu przypadkach się zacinał, trzeba było swoje odczekać na odpalenie jakiejś aplikacji.
Posiadał coś co można by dzisiaj nazwać raczkującą Cortaną, można było poprosić o połączenie, odpalenie maila, podanie godziny. Po wypowiedzeniu "dowidzenia" głos zaklęty w tym prostym telefonie odpowiadał tym samym. Miałem wtedy aspiracje modero-dłubacza w telefonie toteż na wszelakie niedoróbki systemu zawsze znajdowałem jakiś patent. Był to niezwyczajnie wyglądający telefon mający parę mniej zwyczajnych funkcji. Pamiętam jak wówczas wifi w komórce było epicką nowością, Opera Mini na emulatorze javy śmigała spoko - tutaj nawet popełniłem tekst rozprawiający o bugu malutkich czcionek.

2. Sony Ericsson k750i


Telefon legenda - tak jak Nokia 15 lat temu wypuściła nieśmiertelną 3310, tak generacje później Sony Ericsson wypuścił K750i. Aparat prześcigający dzisiejsze "zwykłe" telefony i część smarkfonów, bardzo dobra jakość muzyki, prostota, możliwość rozszerzenia o dodatki typu lampa błyskowa czy transmiter FM miażdżyły system. Ogrom modyfikacji softu, (od łatek po mini-programy elfy) jaką stworzyła community sprawiła, że każdy mógł dopasować telefon do swoich potrzeb, upodobań, religii czy poglądów politycznych. Sam producent dostarczył program to tworzenia motywów, pole do przeróbek było naprawdę spore. Sprzęcior ponadczasowy, leży u mnie w szufladzie do tej pory, bateria wciąż nie wykitowała i daje rady około tygodnia bez ładowania. 

3. Nokia 5510

Twór z kategorii ciekawostki przyrodnicze, nie powiem, z czystej ciekawości sam go zakupiłem. Komórka pojawiła się w filmie Taxi 3 jako sprzęt Émilien'a, no wiecie, tego gliniarza co popylał z głównym bohaterem ;) Nokia 3310 z funkcją empetrójki, radia i klawiaturą qwerty? No problemo. 64MB pamięci na muzykę niszczyło system. Dość dobry opis znalazłem w którejś gazecie z lat świetności tegoż telefonu:



4. Nokia 3310



Komentarz tu chyba nie jest potrzebny.

5. Siemens A50


Moja pierwsza komórka w ogóle. Pamiętam jak dla operatora zbugowało się naliczanie za WAP - miałem wówczas internet za darmo i na tym jakże zaawansowanym telefonie w bodajże 2002 roku pisałem do kumpla stojąc pod jego domem na GG - to było coś!

6. Ericsson T20

Jeden z najfajniej wyglądających retro telefonów. Prostokątny wyświetlacz 101x33 piksele, zewnętrzna antena, półklapka tworzyły jedyny w swoim rodzaju design. Kupiłem ją dość zużytą, służy mi teraz jako królik doświadczalny przy komendach AT vel UART.

7. Nokia X2    

Jedna z moich pierwszych Nokii "obecnej" generacji. Trzymała się u mnie dobre 4 lata, przeżyła sporo upadków i wciąż działa. Głośniki stereo dają możliwy dźwięk, w zamyśle producenta miało być to urządzenie muzyczne. Aparat 5Mpix to był śmiech jak w większości dzisiejszych zwykłych komórek jak i tych bardziej "smart" - SE K750i z matrycą 2Mpix robił zdecydowanie lepsze zdjęcia.


Szary koniec topki, czyli telefony z których jestem kontent że się ich pozbyłem:

8. Nokia 9300



Kolejna ciekawostka przyrodnicza. Rozkładany telefon, ni to palmtop, ni to laptop, taki twór jakich Nokia swego czasu miała opór. Jedno jest pewne - ludzie z Nokii mieli dobrego dealera w tamtych latach.
Jak to symbian chodziło tak sobie, pamiętam jakie duże toto było, kupując spodnie trzeba było brać pod uwagę spore kieszenie, gdyż to cudo je nieraz rozrywało.

9. Sony Ericsson W200i



Jeden z najbardziej upierdliwych Sony Ericssonów do modowania/patchowania. Poległem przy tygodniowych próbach zdjęcia sim-locka z tego cudaka.
SE K310i z kartą pamięci. Tyle.

10. Nokia N-Gage

Kolejny przykład, tym razem mniej udany porywania się z motyką na słońce. N-gage nie była to ani dobra konsola, ani dobry telefon. Symbian jak to symbian zawsze mulił, w tym przypadku jeszcze bardziej niż zwykle. Rozmawiało się przez tą komórkę przykładając górną krawędź telefonu do ucha, ponieważ komuś się wymarzyło tam umieścić głośnik - wyglądało to co najmniej komicznie.